Ewa siedziała w swoim małym mieszkaniu na Mokotowie, patrząc na ekran telefonu, który świecił w półmroku pokoju. Była trzydziestolatką, z rudymi włosami opadającymi kaskadą na ramiona, zielonymi oczami, które kiedyś błyszczały nadzieją, a teraz często wypełniały się łzami frustracji. Pracowała jako grafik w agencji reklamowej, dni spędzała na tworzeniu idealnych obrazków dla klientów, ale jej własne życie było dalekie od ideału. Rozwiedziona od dwóch lat, po małżeństwie, które rozpadło się jak domek z kart, kiedy mąż przyznał, że nigdy nie kochał jej naprawdę. „Jesteś za emocjonalna” – powiedział na koniec, pakując walizki. Od tamtej pory Tinder stał się jej ucieczką, ale też pułapką. Nie ten zwykły Tinder, gdzie ludzie udają, że szukają miłości. Nie, ona korzystała z tej wersji dla dorosłych, gdzie profile krzyczały: „Tylko seks, bez zobowiązań”. I choć nienawidziła tego, że faceci spotykają się tylko na szybki numer, bez głębszego połączenia, bez śniadania rano czy spaceru za rękę, to mimo wszystko się umawiała. Bo co innego jej zostało? Samotność gryzła mocniej niż rozczarowanie.