Kuba wszedł do sypialni ojca i Marty tylko na chwilę. Tak sobie wmówił, stojąc przy komodzie z ręką wsuniętą do drugiej szuflady od góry. Na dole domu buczała zmywarka, telewizor był wyłączony, a Andrzeja nie było od rana. Marta miała wrócić późno z jakiegoś spotkania, przynajmniej tak powiedziała przy obiedzie. Dom był cichy, aż za cichy, i właśnie ta cisza go ośmieliła.
Wyciągnął cienki, ciemny materiał, bardziej gładki niż się spodziewał. Zatrzymał go w dłoniach, jakby jeszcze mógł udawać przed samym sobą, że chodzi tylko o dotyk, o impuls, o głupi odruch. Serce łomotało mu w gardle. Stał między łóżkiem a komodą, spięty, wkurwiony na siebie, a jednak nie odkładał tego z powrotem. Wręcz przeciwnie — ścisnął mocniej.
Usłyszał kroki na korytarzu dopiero wtedy, kiedy było za późno.
Klamka poruszyła się krótko. Drzwi otworzyły się bez pośpiechu. Marta stanęła w progu z torebką zsuniętą z ramienia, w jasnej koszuli i ciemnej spódnicy, jakby wróciła z normalnego wieczoru, a nie w sam środek jego kompromitacji. Najpierw spojrzała na jego twarz. Potem na jego rękę. Potem znowu na niego.
Kuba znieruchomiał.
— Ja tylko… — zaczął, ale głos mu siadł.
Marta nie weszła od razu. Oparła się lekko o framugę i zmrużyła oczy. Nie wyglądała na zszokowaną. To było gorsze.
— Tylko co? — zapytała spokojnie.
Kuba odruchowo chciał schować bieliznę za plecy, ale ten ruch był tak dziecinny, że sam się za niego znienawidził. Cofnął rękę do boku i zacisnął szczękę.
— Przepraszam.
— To nie odpowiedź.
Milczał. W uszach dudniła mu krew. Miał ochotę wyminąć ją bokiem, zbiec do swojego pokoju, trzasnąć drzwiami i udawać, że nic się nie wydarzyło, ale ona nadal stała w przejściu, spokojna, nieruchoma, pewna, że się nie ruszy.
— Pokaż — powiedziała.
Uniósł dłoń jak skazaniec oddający dowód rzeczowy. Materiał wisiał między palcami. Marta patrzyła jeszcze chwilę, po czym weszła do środka i zamknęła drzwi za sobą. Klik zamka zabrzmiał w ciszy nienaturalnie głośno.
Kuba podniósł głowę gwałtownie.
— Marta…
Nie odpowiedziała od razu. Odłożyła torebkę na fotel pod oknem, potem bez pośpiechu przekręciła klucz w drzwiach. Dopiero wtedy spojrzała na niego wprost. W jej twarzy nie było ani paniki, ani teatralnego oburzenia. Była za to jakaś chłodna ciekawość, która ścisnęła mu żołądek mocniej niż strach.
— Skoro już grzebiesz w moich rzeczach — powiedziała — to nie będziemy udawać, że nie wiem, po co tu przyszedłeś.
— To nie tak.
Parsknęła cicho.
— Nie obrażaj mnie marnym kłamstwem.
Zrobiła dwa kroki w jego stronę. On cofnął się odruchowo, aż łydką uderzył o brzeg łóżka. Nie usiadł, tylko został tam, napięty jak struna. Marta zatrzymała się blisko, ale nie dotknęła go. Jej wzrok zsunął się na materiał w jego dłoni i wrócił na jego twarz.
— Masz czerwone uszy — zauważyła sucho. — Nawet teraz.
Kuba spuścił wzrok.
— Powiedziałem przepraszam.
— A ja nie powiedziałam, że chcę przeprosin.
To go wybiło z rytmu. Zamrugał, jakby źle usłyszał.
Marta wyciągnęła rękę. Przez sekundę myślał, że odbierze mu to, co trzymał, albo spoliczkuje go z zimną precyzją, na jaką wyglądała. Zamiast tego dotknęła tylko jego nadgarstka, bardzo lekko, i opuściła mu dłoń w dół, żeby materiał znów był między nimi dobrze widoczny.
— Skoro już to wziąłeś — powiedziała cicho — załóż.
Kuba znieruchomiał tak nagle, jakby ktoś odciął mu dopływ powietrza.
— Co?
— Słyszałeś.
— Nie.
— Nie? — Powtórzyła to spokojnie, bez podnoszenia głosu, ale w tym jednym słowie była taka pewność, że zabrzmiało groźniej niż krzyk. — To może mam zawołać twojego ojca i razem pogadamy o tym, co robisz w naszej sypialni z moją bielizną w ręce?
Kuba pobladł.
— Po co to robisz?
Marta przechyliła głowę. — Bo chcę zobaczyć, czy jesteś tak odważny, jak ci się wydawało pięć minut temu.
W pokoju zrobiło się duszno. Z dołu wciąż dobiegało ciche buczenie zmywarki, absurdalnie zwyczajne wobec tego, co działo się tutaj. Kuba patrzył na nią bezradnie, próbując znaleźć w jej twarzy żart, prowokację, cokolwiek, co pozwoliłoby mu wycofać się bez całkowitego upokorzenia. Niczego takiego nie było.
— Marta, ja…
— Załóż — powtórzyła.
Nie podniosła głosu. Nie musiała. Stała wyprostowana, z rękami luźno opuszczonymi wzdłuż ciała, jakby to nie ona była przy drzwiach z kluczem, jakby to nie ona jednym ruchem odwróciła wszystko, co przed chwilą wydawało się proste: wstyd, ucieczkę, awanturę. Teraz nie było już miejsca na żaden z tych scenariuszy.
Kuba przełknął ślinę. Palce trzęsły mu się wyraźnie. Przez moment jeszcze trwał w bezruchu, zaciskając szczękę tak mocno, że aż zabolało. Potem odłożył wzrok na bok, jakby nie mógł znieść patrzenia jej w oczy, i drżącym ruchem zaczął wykonywać polecenie.
Marta cofnęła się o krok, dając mu miejsce, ale nie odwróciła wzroku ani na sekundę.
To właśnie było najgorsze. I najbardziej niepokojące.
Nie śmiała się. Nie moralizowała. Nie ratowała go. Patrzyła.
On walczył z własnym oddechem, z poczuciem, że zaraz spłonie żywcem od samej świadomości bycia widzianym tak dokładnie. Każdy ruch wydawał się zbyt głośny. Materiał szeleszczący przy dłoniach brzmiał jak hałas. Kiedy skończył, odruchowo chciał się zasłonić, skrzyżować ręce, usiąść, cokolwiek, byle zmniejszyć siebie pod tym spojrzeniem.
— Ręce w dół — powiedziała Marta natychmiast.
Posłuchał. Jak idiota, pomyślał z nienawiścią do siebie. Jak ktoś, kto mógł jeszcze przed chwilą uciec, ale już nie ucieknie.
Marta przyglądała mu się przez długą chwilę. Potem przeszła obok niego i jeszcze raz sprawdziła zamek, jakby dla pewności. Cichy stuk klucza o metal przypieczętował wszystko.
— Dobrze — powiedziała.
To jedno słowo uderzyło go mocniej niż obelga.
Odwróciła się od drzwi i wskazała brodą na krzesło przy toaletce.
— Stań tam. I nie waż się robić z tego żartu, Kuba. Nie jesteś już dzieckiem.
Podszedł, czując pod stopami miękkość dywanu i własne drżenie, którego nie potrafił opanować. Stanął tam, gdzie kazała, sztywny, zawstydzony, pobudzony tym wszystkim w sposób, którego bał się nazwać nawet w myślach.
Marta obserwowała go jeszcze chwilę, po czym usiadła na brzegu łóżka naprzeciwko. Wyprostowała plecy, założyła nogę na nogę i splotła dłonie na kolanie. Jak sędzia. Jak kobieta, która nie zamierza już oddać kontroli.
— Teraz — powiedziała cicho — popatrzysz na mnie i zostaniesz tu, dopóki ja nie zdecyduję, co dalej.
Kuba podniósł wzrok. Tym razem nie odwrócił go pierwszy.
Zamknięte drzwi
Kuba stał nieruchomo przy toaletce, jakby ktoś wbił go w podłogę. Lampka przy łóżku dawała ciepłe, przytłumione światło, które nie zostawiało mu żadnego cienia do schowania się. Marta siedziała naprzeciwko, spokojna, z dłońmi splecionymi na kolanie. Nie mówiła nic. Tylko patrzyła.
Pierwsza minuta ciągnęła się jak drut. Potem druga. Kuba czuł, jak pieką go uszy, kark, skóra na piersi. Próbował oddychać równo, ale oddech rozłaził mu się co chwilę. Raz otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć.
— Nie — rzuciła od razu Marta.
Zamknął usta.
Jej wzrok nie był histeryczny ani rozbawiony. To było gorsze. Uważny. Dokładny. Taki, który waży, zapamiętuje i nie daje żadnej ulgi.
— Długo już to trwa? — zapytała w końcu.
Kuba przełknął ślinę. — Nie wiem.
— To nie jest odpowiedź.
— Od jakiegoś czasu.
Marta lekko przechyliła głowę. — “Jakiegoś czasu” też nie.
Zacisnął szczękę. — Kilka miesięcy.
Nie drgnęła. — I myślałeś, że nigdy się nie dowiem?
— Nie myślałem.
— W to akurat wierzę — powiedziała sucho.
W pokoju zrobiło się tak cicho, że słyszał tykanie własnego pulsu. Marta przesunęła spojrzeniem po jego twarzy, szyi, ramionach, niżej, bez pośpiechu, bez udawania, że patrzy gdzie indziej. Kuba wytrzymał to może dlatego, że nie miał już gdzie uciec. Albo dlatego, że właśnie to najbardziej go rozwalało.
— Patrzysz na podłogę — powiedziała.
Podniósł wzrok natychmiast.
— Lepiej.
To “lepiej” znów zabrzmiało jak dotknięcie w miejscu, którego nie powinno być.
Marta wstała dopiero po dłuższej chwili. Powoli, bez gwałtowności. Obcas stuknął lekko o podłogę, kiedy zrobiła jeden krok, potem drugi. Kuba napiął się cały, ale się nie cofnął. Stanęła przed nim na tyle blisko, że czuł jej perfumy, ciepłe i trochę duszne od zamkniętego pokoju.
— Spójrz na mnie porządnie — powiedziała cicho.
Patrzył.
Nie od razu dotknęła go ręką. Najpierw tylko stała, pozwalając, żeby napięcie narastało między nimi jak coś żywego. Potem uniosła dłoń i przesunęła knykciami po jego brodzie, zmuszając go, żeby nie opuszczał twarzy.
— Wiesz, co jest w tym najgorsze? — spytała.
Kuba milczał.
— Że ty naprawdę widzisz. — Jej głos był prawie obojętny, ale pod spodem siedziało coś twardszego. — Tak długo. Tak uparcie. Jakby nic innego nie istniało.
Jej palce zsunęły się z jego brody. Zostały na moment przy szyi, ledwie muskając skórę.
— Andrzej nigdy nie patrzył na mnie tak długo.
To zdanie zawisło między nimi ciężej niż wszystko wcześniej.
Kuba drgnął, jakby go uderzyła. Nie dlatego, że podniosła głos. Właśnie dlatego, że nie podniosła. Powiedziała to prosto, bez ozdobników, bez łez, bez tej całej teatralnej krzywdy. Jak fakt, którego dawno nie musiała już nawet przed sobą ukrywać.
— Marta…
— Nie mów teraz “przepraszam”. — Cofnęła rękę. — Ani nic mądrego. Zepsujesz.
Zmarszczył brwi. — Co?
— Chwilę, w której chociaż jedno z nas nie kłamie.
Przez moment patrzyli na siebie z bliska, bez żadnej osłony. Wreszcie Marta wypuściła powietrze nosem, odwróciła się i podeszła do łóżka. Usiadła znowu, ale już inaczej, ciężej. Jakby nagle poczuła zmęczenie, którego wcześniej nie dopuszczała.
— Podejdź — powiedziała.
Kuba zawahał się tylko sekundę. Podszedł.
— Bliżej.
Stanął tuż przed nią.
Marta spojrzała na niego od dołu. — Nadal się trzęsiesz.
— A ty nie.
Kącik jej ust drgnął. — Nie bądź taki pewny.
Wyciągnęła rękę i położyła mu dłoń na biodrze, tam gdzie cienki materiał był najbardziej absurdalnym dowodem na to, co się właśnie dzieje. Nie ścisnęła mocno. Wystarczyło, że dotknęła. Kuba zamknął oczy na ułamek sekundy.
— Otwórz — powiedziała.
Posłuchał.
— Dobry chłopiec — rzuciła, ale bez czułości. Bardziej jak sprawdzenie, co zrobi z tymi słowami.
Zrobił dokładnie to, czego się bał: zadrżał jeszcze bardziej.
Marta to zauważyła. Oczywiście, że zauważyła. Wstała raz jeszcze, już bez dystansu. Jej twarz była bardzo blisko. Kuba czuł na ustach ciepło jej oddechu, choć jeszcze go nie dotykała. Przez sekundę myślał, że to znowu jakaś gra na granicy, że zatrzyma się dokładnie przed.
Nie zatrzymała się.
Pocałunek nie był delikatny ani romantyczny. Był sprawdzający, głodny i trochę zły. Kuba odpowiedział od razu, zbyt szybko, zbyt mocno, jakby pękło w nim coś napinanego od chwili, kiedy weszła do pokoju. Marta oparła dłonie o jego kark i przyciągnęła go bliżej, a potem oderwała się pierwsza.
— Wystarczy — powiedziała, zanim zdążył znowu sięgnąć ustami.
Dyszał cicho. — Wystarczy?
— Na teraz.
Przez chwilę wyglądał, jakby chciał protestować. Potem zobaczył jej twarz i zamilkł. Nie było w niej cofnięcia. Była decyzja.
— Chodź — rzuciła.
Nie do łóżka małżeńskiego. Do drzwi. Otworzyła je, nasłuchując przez sekundę pustego korytarza, i skinęła głową. Kuba wyszedł pierwszy, sztywny, jeszcze ogłuszony. Marta zgasiła lampkę, zamknęła za sobą drzwi już bez klucza i ruszyła za nim przez ciemny korytarz do jego pokoju.
W środku było chłodniej. Biurko zawalone rzeczami, niedomknięta szafa, rozrzucona bluza na krześle. Zwykły syf dorosłego faceta, który ciągle mieszka z ojcem. Marta weszła i obejrzała się raz po pokoju, jakby oceniała obce terytorium, a potem zamknęła drzwi zwykłą klamką.
— Zapalę? — spytał Kuba.
— Nie. Tak jest dobrze.
Światło z ulicznej lampy wpadało przez roletę cienkimi pasami. Marta zdjęła buty, odstawiła je równo przy ścianie i usiadła na brzegu jego łóżka, jakby robiła to od dawna. Kuba stał pośrodku pokoju i patrzył na nią bezradnie.
— Nie będziesz wracać? — zapytał w końcu.
— Nie.
— A jeśli ojciec…
— Dziś nie wróci przed nocą. Jutro rano będzie w kuchni jak zawsze. — Spojrzała na niego twardo. — Ty też będziesz jak zawsze. Rozumiesz?
— Tak.
— Dobrze.
Przyciągnęła go za dłoń. Tym razem bez rozkazu, ale też bez miejsca na odmowę. Usiadł obok niej. Milczeli chwilę, słuchając własnych oddechów i odległego szumu auta za oknem. Marta opuściła głowę na jego ramię, jakby testowała nie tyle jego ciało, ile możliwość zrobienia czegoś bez tłumaczenia się komukolwiek.
Kuba znieruchomiał. Potem ostrożnie, bardzo ostrożnie, oparł policzek o jej włosy.
— Nie myśl sobie za dużo — mruknęła.
— Trochę późno.
Parsknęła krótko, prawie bezgłośnie. — No tak. To akurat prawda.
Położyli się bez pośpiechu. Marta nie rozbierała się bardziej, tylko odpięła górny guzik koszuli i poprawiła spódnicę, żeby wygodniej ułożyć nogi. Kuba zgasił telefon, wsunął go pod poduszkę i położył się obok, na boku, twarzą do niej. W półmroku jej oczy były otwarte jeszcze długo.
— Kuba.
— Co?
— Nikomu nie oddam tego, co było dziś w tamtym pokoju. Rozumiesz mnie?
— Tak.
— To jest nasze. I ma siedzieć cicho.
Skinął głową, choć wiedział, że w ciemności może tego nie zobaczyć. Marta wyciągnęła rękę i położyła mu ją płasko na klatce piersiowej. Nie pchała dalej, nie prowokowała. Po prostu trzymała. Ciężar tej dłoni uspokajał i jednocześnie nie pozwalał zasnąć od razu.
W końcu oddech Marty zrobił się wolniejszy. Rozluźniła palce, ale nie zabrała ręki. Kuba patrzył w sufit, potem na pas światła na ścianie, potem znowu na nią. Nie wiedział, która część tego wszystkiego jest bardziej nierealna: że leży obok niego, czy że rano dom nadal będzie stał tak samo.
Kiedy jeszcze raz zamknął oczy, czuł już tylko ciepło jej ciała obok i to nowe, ciężkie milczenie, które nie było pustką, tylko umową. Taką, której nikt nie podpisał, a której nie da się cofnąć.
Przed śniadaniem
Kuba obudził się, zanim zadzwonił budzik. Nie wiedział od razu, czemu. Przez chwilę leżał nieruchomo, z ciężką głową i gardłem suchym od płytkiego snu. Potem poczuł obok siebie ciepło i napiął się cały, jakby wrócił do niego prąd.
Szary świt przeciskał się przez roletę. Pokój wyglądał zwyczajnie i przez to jeszcze gorzej: biurko, krzesło z rzuconą bluzą, kubek po herbacie przy łóżku. I Marta, na jego łóżku, bokiem do niego, z jedną dłonią wsuniętą pod policzek. Koszula miała zmiętą, włosy lekko rozsypane na poduszce. Nie wyglądała jak ktoś przyłapany. Raczej jak ktoś, kto zatrzymał się gdzie chciał i zaraz stamtąd wyjdzie bez tłumaczenia.
Kuba uniósł się minimalnie na łokciu. Materac drgnął.
Marta otworzyła oczy od razu. Przytomnie. Bez tego otępienia po śnie.
Przez sekundę tylko na siebie patrzyli. W nocy wszystko było prostsze, bo ciemne. O świcie wróciły ściany, drzwi, kuchnia za rogiem, stół, przy którym za chwilę każdy będzie musiał mieć zwykłą twarz.
— Która? — spytał cicho Kuba.
Marta odwróciła głowę w stronę stojącego przy biurku elektronicznego zegarka. Cyfry świeciły słabo na niebiesko.
— Za dwadzieścia szósta.
Usiadła powoli. Spódnica przesunęła się po kołdrze z suchym szelestem. Przeczesała palcami włosy, zebrała je za ucho i przez chwilę siedziała prosto, z opuszczonym wzrokiem, jakby sprawdzała w głowie plan dnia. Kuba patrzył na linię jej karku i czuł w brzuchu coś pomiędzy dumą a mdłością.
— Zaraz wstanę — powiedziała.
Nie zapytał: „I co teraz?”. Bał się tego pytania bardziej niż czegokolwiek od wczoraj. Bo odpowiedź mogła wszystko spłaszczyć albo przeciwnie, zrobić z tego coś, czego nie udźwignie.
Marta wstała z łóżka. Była boso, cicha, pewna. W półmroku poprawiła koszulę, zapięła guzik, który zostawiła na noc rozpięty, wygładziła dłonią materiał na biodrach. Potem schyliła się po buty i przez moment, z jedną dłonią opartą o ścianę, wsunęła stopę w pierwszy, potem w drugi. Każdy ruch konkretny, oszczędny, bez nerwów.
Kuba usiadł, kołdra zsunęła mu się na kolana.
— Marta.
Spojrzała na niego przez ramię.
— Co?
Zaciął się. Wszystko, co miał w głowie, brzmiało albo żałośnie, albo zbyt ostro. „Zostań jeszcze chwilę” było głupie. „To się znowu wydarzy?” jeszcze gorsze. W końcu wyszło to, co najprostsze.
— Nic.
Kącik ust drgnął jej ledwie, bez uśmiechu.
Podeszła do łóżka. Nie usiadła. Stanęła tuż przy nim, tak blisko, że widział drobne ślady po zagiętej poduszce na jej policzku. Wyciągnęła rękę i poprawiła mu kołnierz T-shirtu, jakby był dzieciakiem, który zaraz ma zejść na dół do szkoły. Ten gest był bardziej brutalny niż nocny pocałunek.
— Posłuchaj mnie teraz dobrze — powiedziała cicho. — Na dole nie gapisz się na mnie jak debil.
Kuba przełknął ślinę.
— Jasne.
— Nie odzywasz się mniej ani więcej niż zwykle. Nie robisz tej swojej spiętej miny, bo twój ojciec od razu ją wyłapie.
— Dobra.
— Jak zapytam, czy chcesz jajecznicę, to odpowiadasz normalnie. Jakbyś wstał po zwykłej nocy we własnym pokoju.
— Bo wstałem.
Na to spojrzała już twardziej. Nie obrażona. Ostrzegawczo.
— Nie pyskuj teraz.
— Nie pyskuję.
— Właśnie trochę tak.
Zapadła krótka cisza. Kuba zacisnął dłoń na kołdrze. Miał ochotę złapać ją za nadgarstek, zatrzymać, zmusić, żeby jeszcze przez chwilę była tylko tutaj, nie tam w kuchni, nie w roli żony jego ojca. Ale to nie była noc. O świcie ona znowu stawiała warunki.
— A ty? — spytał w końcu.
— Co ja?
— Będziesz udawać?
Marta pochyliła się odrobinę niżej, aż ich twarze dzieliło niewiele.
— Nie będę udawać. — Jej głos był spokojny. — Będę się zachowywać normalnie. To nie to samo.
Poczuł, jak coś go ściska pod żebrami. Bo miała rację i przez to było jeszcze gorzej.
Wyprostowała się. Sięgnęła do pościeli, zdjęła z poduszki swój pojedynczy jasny włos i strzepnęła go na podłogę. Potem odsunęła wzrokiem krzesło, na którym wisiała jego bluza.
— Otwórz okno na pięć minut, jak wyjdę — rzuciła. — Jest tu twój zapach, mój perfum i ten cholerny zaduch po spaniu. Niech się przewietrzy.
— Marta.
Tym razem nie odpowiedziała od razu.
— No?
Kuba podniósł na nią wzrok. — Wrócisz dziś wcześniej?
To było ryzyko. Sam usłyszał, że zabrzmiało zbyt szybko, zbyt zachłannie. W jej oczach mignęło coś ostrego, ale nie cofnęła się.
— Zobacz, jaki już jesteś odważny po jednej nocy — powiedziała cicho.
Spuścił wzrok. — Chujowo to zabrzmiało.
— Owszem.
Minęła sekunda. Dwie.
Potem dotknęła jego brody dwoma palcami i uniosła mu twarz z powrotem. Gest krótki, stanowczy.
— Najpierw przeżyj śniadanie.
Zabrała rękę, odwróciła się i podeszła do drzwi. Nacisnęła klamkę bardzo ostrożnie. Zanim otworzyła, nasłuchiwała chwilę, z głową lekko przechyloną. Dom jeszcze spał; tylko gdzieś głęboko buczała lodówka, a z zewnątrz dobiegał odległy szum pierwszego samochodu na osiedlu.
Drzwi uchyliły się bez skrzypnięcia.
Marta obejrzała się jeszcze raz. Nie było w tym czułości. Było sprawdzenie, czy zrozumiał.
— Pięć minut — przypomniała.
— Wiem.
I wyszła.
Kuba siedział nieruchomo, słuchając jej kroków na korytarzu. Miękkich, równych, bez pośpiechu. Potem kliknęły drzwi łazienki. Chwilę później szum wody. Tak zwyczajny dźwięk, że aż absurdalny.
Wstał dopiero wtedy, kiedy usłyszał, jak przechodzi dalej. Otworzył okno. Zimne poranne powietrze wlazło do środka od razu, ostre i wilgotne. Oparł dłonie o parapet i wciągnął je głęboko. Na podjeździe nic się jeszcze nie ruszało. Sąsiedni dom miał zasłonięte rolety. Wszystko stało spokojnie, jakby noc w ogóle nie zostawiła śladu.
Kiedy po kilku minutach zszedł na dół, z kuchni dochodziło skwierczenie masła na patelni i zapach kawy. Marta stała przy blacie tyłem do wejścia. W jasnym poranku wyglądała schludnie, prawie surowo: włosy upięte, koszula już gładka, twarz chłodna. Jedną ręką mieszała jajka, drugą sięgała po sól.
Nie odwróciła się od razu. Dopiero kiedy wszedł głębiej, rzuciła zwykłym tonem:
— Wstałeś. Chcesz jajecznicę?
Kuba poczuł, jak gardło zaciska mu się na tej jednej, banalnej linijce. Oparł dłoń o framugę, żeby tego nie było po nim widać.
— Tak — odpowiedział. — Dzięki.
Marta skinęła głową, jakby nic więcej nie było do dodania, i wsypała szczypiorek na patelnię.
Na blacie obok leżały trzy talerze.
Masz swój skryty grzech?
Zrzuc ciężar ze swojego sumienia. Kliknij poniżej, aby wyznać swój sekret w 100% anonimowo i otrzymać natychmiastową pokutę Spowiednika.
Wejdź do Konfesjonału »
Dodaj komentarz